czwartek, 5 grudnia 2013

INSPIRACJE: hem till salu


Wracam do cyklu INSPIRACJE, którego już od bardzo dawna nie gościłam na moim blogu. Pomimo obecnej pory roku dzisiejsze inspiracje nie będą świąteczne. Mam nadzieję, że nikomu nie sprawi to zawodu.  







Przeglądanie stron internetowych szwedzkich agencji nieruchomości jest czynnością niezwykle zajmującą, prawdziwym pożeraczem czasu. Można na nich znaleźć naprawdę świetne zdjęcia i wysmakowane aranżacje. Oczywiście wiem, że również w Szwecji musi istnieć wiele pośrednictw, które podchodzą do sprawy tak, jak to się dzieje u nas: byle jakie zdjęcia, bez pomysłu, bez gustu, ogólnie - bez polotu. Jednak oferta tych szwedzkich agencji, które znam, jest naprawdę miła dla oka. Skąd znam? Z blogów wnętrzarskich oczywiście. Nie, nie przymierzam się do zakupu mieszkania w Sztokholmie. Ale popatrzeć zawsze można i, jak wspomniałam, jest to bardzo przyjemne.

Fantastic Frank to przykład skrajny; agencja (słynna wśród blogerów), która podniosła sprzedaż nieruchomości do rangi niemalże sztuki. Zatrudnia najlepszych stylistów i chyba równie dobrych fotografów. Podejrzewam, że styliści Franka są w stanie wnieść do mieszkania absolutnie całe ruchome wyposażenie (i zapewne wiele z niego wynieść), aby odpowiadało ich wizji. Malowniczo rozrzucą pościel ma łóżku, wygniotą poduchy na sofie, na stole ustawią filiżankę z niedopitą kawą i talerzyk ze smakowicie nadgryzionym ciastkiem. Wszystko po to, by klient miał wrażenie toczącego się życia, w którym chciałby wziąć udział. Bo ta agencja sprzedaje właściwie nie domy czy mieszkania, w sensie czterech ścian i kawałka podłogi, ale iluzję DOMU, czyli miejsca, w którym chce się żyć. Oczywiście tym, co się w rezultacie kupuje są tylko owe cztery ściany; bez japońskich grafik, wygodnej sofy, stosu książek na podłodze i mebli vintage - i nabywcy zdają sobie z tego sprawę. Ale taki sposób prezentacji pokazuje potencjał mieszkania, inspiruje i rozbudza marzenia. A marzenia, jak wiadomo, są bezcenne. Bo oczywistym jest również, że ktoś za tę wyrafinowaną usługę musi zapłacić, a w końcowym rozrachunku tym kimś jest oczywiście Szanowny Nabywca, Drogi Klient.

Ale dość o strategii marketingowej, wróćmy do samego mieszkania, które zwróciło moją uwagę. Lokalizacja: Sztokholm. To jest to, co lubię. Białe ściany, drewniana podłoga i w ogóle sporo ciepłego drewna (ale nie za dużo, idealna równowaga), zbiór ciekawych starych mebli, każdy z nieco innej parafii, ale wszystkie pięknie się ze sobą komponują. Interesujące dekoracje, nieco zieleni. Jest intrygująco, ale jednocześnie prosto, lekko i bez zadęcia. Aż chce się tam zamieszkać, a przynajmniej ja bym chciała, bo ten styl bardzo mi odpowiada.

I to jest właśnie ta iluzja, bo mieszkanie, prawdę powiedziawszy, ma wiele mankamentów. Niby 47 m2, ale zadziwiająco mało się w nim mieści (być może wkradł się tu błąd, bo z planu wydaje mi się, że jest tu raczej trzydzieści kilka metrów). Nie ma balkonu, przedpokój zajmuje stanowczo zbyt wiele miejsca, owszem,  można by je jakoś wykorzystać, ale brakuje w nim dziennego światła. Kuchnia też jest ślepa (doświetlona z sypialni przeszkloną ścianką), ciasna, ma mało miejsca do pracy i w dodatku kuchenka stoi w niej obok lodówki; w sypialni nie mieści się nic oprócz łóżka. Ale jak pięknie odwraca się naszą uwagę od tych niedogodności! Czyli - dobra robota ;) Popatrzmy:










Ale zaraz, a gdzie jest np. komputer? Telewizora można nie mieć, ale sprzęt audio chyba by się przydał? Gdzie jest duża szafa na ubrania, gdzie się trzyma odkurzacz, gdzie miejsce na mop i wiadro? Są co prawda dwie garderoby, ale chyba niezbyt wiele się w nich mieści. Ale to przecież nie jest wnętrze wzięte z życia, a stworzone ręką stylisty. Wprawne oko zauważy też, że te same rośliny są przenoszone z miejsca na miejsce i wielokrotnie fotografowane.

No dobrze, dlaczego ja się tak nad tym rozwodzę, zamiast pokazać po prostu ładne obrazki? Dlatego, że oglądając takie ładne obrazki w czasopismach, w Internecie, pewnie nie raz zastanawialiście się: dlaczego moje mieszkanie nie jest takie idealne? Dlaczego kapcie pod moim łóżkiem nie wyglądają tak stylowo, a pościel na nim nie układa się w takie miłe dla oka fałdy, dlaczego okruszki na moim talerzu nie są tak malarskie? Dlaczego przedmioty niedbale rzucone tu i ówdzie w moim mieszkaniu nie zachwycają, a irytują? Dlaczego ja tak pięknie nie mieszkam? Mnie to nie raz przyszło do głowy. A stąd już tylko krok do frustracji. Tymczasem odpowiedź jest prosta. Nikt tak nie mieszka, to tylko iluzja - i trzeba o tym pamiętać.

Na koniec jednak miły akcent. To, co w tym mieszkaniu najbardziej zwróciło moją uwagę i właściwie skłoniło do pokazania go tutaj. Lampa. Zwróciliście uwagę na pierwszym zdjęciu? Nie? No to jeszcze raz. Lampa - klatka dla ptaków (jak niepokojąco koresponduje z głową kota na ścianie). Bardzo mi się podoba, fantastyczny pomysł. Szkoda, że ja na to nie wpadłam. Ale to nic, kiedyś może i tak sobie taką zrobię. W końcu naśladownictwo to najwyższa forma uznania ;)

  Zdjęcia: Fantastic Frank (www.fantasticfrank.se). Wszystkie zdjęcia z tego mieszkania można obejrzeć TUTAJ.

A stronę agencji Fantastic Frank naprawdę warto odwiedzić. Ma dwa oddziały, w Berlinie i w Sztokholmie, wiec można sobie porównać style w dwóch krajach. Moim zdaniem to dużo lepsze niż lektura polskich magazynów wnętrzarskich, w których zazwyczaj dominuje raczej mało wyrafinowany styl "na bogato".


Uzupełnienie:

Lampa ptasia woliera pochodzi prosto z Paryża, z pracowni Mathieu Challièresa. I zdecydowanie będę ją musiała zrobić sobie sama ;)

zdjęcia: challieres.com


wtorek, 3 grudnia 2013

Delikatne akcenty


Za oknem piękna wiosna (naprawdę - słońce świeci, ciepło, trawa wynurza się spod śniegu, tylko ptaki jakoś nie chcą spiewać), a mnie dopadło przeziębienie. Nie dam rady zabrać się za nic konkretnego, leżę w łóżku
i czytam. Wstaję tylko, żeby zrobić sobie herbatę i przy okazji zabawić się w ułożenie małej kompozycji, już delikatnie w klimacie bożonarodzeniowym. Filiżanka z niebieskim wzorkiem, choć wcale nie zimowym, zamiast jodły rozmaryn, zamiast pierniczków ciasteczka gryczane - ale klimat jest (tak sądzę).

Przy okazji - krzak rozmarynu w donicy to może być pomysł na choinkę. Niekonwencjonalną, ale też zieloną
i pachnącą.

A zestaw porcelanowy to nabytek nowy, ale stary - oznaczony sygnaturą stosowaną w latach 1909-1925. 






niedziela, 1 grudnia 2013

Co na ścianę? Krajobrazy północy



Właśnie tak zapamiętałam krajobraz północnej Norwegii. Rozległe, puste przestrzenie, tu i ówdzie zagubiona jakaś chatka albo mała wioska. Byłam tam kilka lat temu, niestety bardzo krótko i niestety nie mam z tego wyjazdu dobrych zdjęć. A ponieważ o tej porze roku skandynawski pejzaż na ścianie wydaje się bardzo odpowiedni, poradziłam sobie w inny sposób. Pomyślałam sobie, że taki surowy krajobraz bardzo dobrze można przedstawić za pomocą prostych, geometrycznych kształtów. W myślach dodałam śnieg (byłam tam w samym środku lata, oczywiście pomimo tego czapka i rękawiczki bardzo się przydały) i stworzyłam ten zimowy obrazek. Przy okazji zaaranżowałam na zimowo kąt pod oknem w sypialni. Taki zestaw barw i materiałów to mój wnętrzarski ideał: czarno-biało-szary, z dodatkiem barw i faktur lnu i drewna. Plus zestawienie nowego ze starym. Niestety brak mi konsekwencji, żeby utrzymać taką stylistykę w całym domu (wiadomo, że lubię też słodkie różyczki i wesołe kolory, zwłaszcza latem).






Araukaria mieszka ze mną już od roku i ciągle bardzo mi się podoba. Myślę, że z powodzeniem może uchodzić za pierwszą wersję mojej tegorocznej choinki. Odrobina czerwonego też może się przydać.

Mój kolejny pomysł na dekoracje ścian to umieszczenie w głębokich ramkach fragmentów lasu. Mogą to być znalezione kawałki kory i gałązki obrosłe porostami, huby, nawet suche patyki - wszystko co wygląda ciekawie.



O tej porze roku bardzo też lubię śnieżne kolczatki.

   


Niniejszym sezon zimowy i przedświąteczny na blogu uważam za otwarty! Od dzisiaj już oficjalnie - można ;)

środa, 27 listopada 2013

PÓŁKA Z KSIĄŻKAMI: "Kwinkunks"




Napisanie tej powieści zajęło autorowi 12 lat. Co prawda jej przeczytanie zajmie znacząco mniej czasu, ale jeżeli szukacie książki na długie (naprawdę długie) zimowe wieczory, jest to propozycja warta rozważenia. Powieść
w polskim wydaniu liczy 1155 stron (plus posłowie autora).

Charles Palliser jest mi znany wyłącznie jako autor tej jednej powieści. Po chwili szperania w Internecie dowiedziałam się, że istotnie książki wychodzą spod jego ręki niezmiernie rzadko. Od roku 1989, gdy Palliser, przez wiele lat uniwersytecki wykładowca literatury, zadebiutował jako powieściopisarz (właśnie „Kwinkunksem”), wydał zaledwie pięć książek.
I nie ma w tym nic dziwnego, jeśli wszystkie jego powieści są równie misternie skonstruowane.  
 
Kwinkunks” jest owocem fascynacji autora literaturą dziewiętnastowieczną – jest to współczesna rekonstrukcja powieści wiktoriańskiej. Z pozoru to książka, jaka mogłaby wyjść spod pióra Dickensa. Głównym bohaterem jest chłopiec mieszkający z matką - niczym w Arkadii - w wiejskim domu, otoczony dobrobytem. John żyje wśród tajemnic. Nie zna swojego ojca, ani też rodziny matki i nic nie wie o wrogich siłach, czyhających na niego od chwili jego przyjścia na świat. Wkrótce siły te dochodzą do głosu; John i jego matka tracą swoje niebo
i trafiają do piekła londyńskich dzielnic biedoty. Aby odzyskać utracony raj, John musi rozwikłać zagadkę swojego pochodzenia. Owa zagadka wiąże się z historią pięciu rodów, których losy splecione są ze sobą,
i z symbolem kwinkunksa, który okaże się również kluczem do jej rozwiązania. Tę tajemnicę musi również odkryć czytelnik - i to… na własną rękę. Okazuje się bowiem, że „Kwinkunks” jest  tylko powierzchownie podporządkowany zasadom powieści dziewiętnastowiecznej. W rzeczywistości autor prowadzi ze współczesnym czytelnikiem inteligentną grę (w istocie „Kwinkunks” jest rekonstrukcją „ironiczną”). Nie chcę w tym miejscu ujawniać zbyt wiele, by nie psuć przyjemności czytania i samodzielnego odkrywania tej książki. Niektóre z tajemnic swojego warsztatu (i powieści) Palliser zdradza w posłowiu (a to, jak wiadomo, czytamy po zapoznaniu się z dziełem). Zdradzę tylko, że narrator, a jest nim John, nie jest w tej powieści do końca wiarygodny i pewne swoje odkrycia i wnioski wręcz ukrywa przed czytelnikiem.
Na kartach „Kwinkunksa” Charles Palliser odmalował panoramę społeczeństwa Anglii pierwszej połowy XIX w. Śledząc losy Johna, zaglądamy na pełne przepychu salony arystokracji i do zamożnych domów przedstawicieli klasy średniej; razem z biedakami przeszukujemy kanały i jesteśmy świadkami przestępczych procederów. Na pewien czas trafiamy do więzienia dla dłużników, do szkoły z internatem, która z placówką oświatową ma tyle wspólnego, co obóz pracy z obozem harcerskim (bardzo po dickensowsku), a nawet do zakładu dla obłąkanych. Poznajemy ludzi i podłych, i szlachetnych, drobnych cwaniaczków i wielkich oszustów.
W powieści bardzo wiele miejsca zajmują kwestie ekonomii i ustroju społecznego. To pieniądz jest motorem całej fabuły, a walka o parę pensów na kawałek chleba jest równie dramatyczna, jak gra
o wielką fortunę. Filozoficzne dysputy dotyczące problemów polityczno-ekonomicznych, a zarazem moralnych, toczy ze sobą – w mieszkaniu składającym się z połowy podnajętego pokoju w jakimś zaułku biedoty – para zdeklasowanych dżentelmenów, niegdyś parających się prawem, obecnie aktorów teatrzyku kukiełkowego. Poruszanie tych kwestii w powieści dziewiętnastowiecznej byłoby jak najbardziej zrozumiałe, to przecież właśnie wtedy formowały się teorie Marksa i Engelsa. Ten aspekt książki jednak równie mocno odzwierciedla czasy, w których ona rzeczywiście powstawała, czyli lata 80. wieku dwudziestego, okres rządów Margaret Thatcher, kiedy
w Wielkiej Brytanii społeczna dyskusja dotycząca tych kwestii była niezwykle gorąca. Również teraz, prawie ćwierć wieku po ukazaniu się drukiem, ta powieść wydała mi się zaskakująco aktualna. Drobni ciułacze tracący oszczędności życia wskutek machinacji spekulantów, którzy budują swoje fortuny, nieodparcie przywodzą na myśl współczesne afery i kryzys finansowy roku 2008, kiedy pękła spekulacyjna bańka, podatnicy składali się na ratowanie upadających banków, a ich prezesi wypłacali sobie wielomilionowe premie.
Czytanie „Kwinkunksa” jest zajęciem tyleż ciekawym, co meczącym. Ta powieść wymaga ciągłego skupienia uwagi i zapamiętywania szczegółów, co przy jej objętości może stanowić nie lada wyzwanie. (Choć przy okazji jest to świetny trening umysłowy, godny polecenia osobom chcącym rozruszać swoje szare komórki). Czytelnik nie może sobie pozwolić nawet na moment dekoncentracji, bo wszystkie elementy w powieści są częścią bardzo precyzyjnej układanki. Kiedy pewnej zimowej nocy do domu matki Johna puka dwoje zmarzniętych wędrowców, proszących o wsparcie, można być pewnym, że ich rola w tej historii na tym się nie skończy (a być może nawet rozpoczęła się dużo wcześniej). Jakkolwiek akcja obfituje w wiele zwrotów i emocjonujących wydarzeń, to cała powieść skonstruowana jest w ten sposób, że „czytamy […] nie tyle dlatego, że chcemy dowiedzieć się, co będzie dalej, lecz raczej dlatego, że chcielibyśmy dowiedzieć się, co się przedtem wydarzyło, aby móc zrozumieć to, co już do tej pory przeczytaliśmy” – jak pisze autor w posłowiu.
Po raz pierwszy czytałam tę książkę dziesięć lat temu, kiedy została wydana w Polsce. Niedawno przeczytałam ją powtórnie. Jeżeli chodzi o główny wątek, doszłam do tych samych wniosków, co za pierwszym razem, ale teraz wyjaśniłam sobie wszystko w sposób dużo bardziej zadowalający, rozwikłałam również zagadki dotyczące większości wątków pobocznych. (Mówiąc precyzyjnie, za pierwszym razem stawiałam prawdopodobne hipotezy, teraz wydaje mi się, że znalazłam na ich poparcie wystarczające dowody). Przyznam jednak, że jeden aspekt tej powieści, związany z jej formą, umknął mojej uwadze zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem
(w międzyczasie zdążyłam zapomnieć, że czytałam posłowie, gdzie autor wyjaśniał tę kwestię; oczywiście zapomniałam też zawiłości fabuły). Pocieszam się, że nie byłam w tym osamotniona. Nadanie powieści tej szczególnej formy „okazało się niezwykle trudne i czasochłonne – ujawnia Palliser. – Jak na ironię jednak ten akurat aspekt powieści prawie nie został zauważony ani przez krytyków, ani przez czytelników”. 
Więcej już nie zdradzę. Czytajcie i odkrywajcie, a ja za kolejne dziesięć lat pewnie znów sięgnę po tę książkę
i być może zgłębię wtedy wszystkie jej tajemnice (kilka zdań ciągle jest dla mnie zagadkowych).


***
Charles Palliser "Kwinkunks". Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2003. Przekład Maria Streszewska-Hallab.

wtorek, 26 listopada 2013

Retro, czyli powrót do przeszłości

 
Zawiało, zasypało i mamy zimę na całego. Jednak jeszcze przez moment wstrzymam się z pokazywaniem zimowych krajobrazów. Zamiast tego proponuję rozsiąść się wygodnie w przytulnym wnętrzu - z książką.

Do zaaranżowania tego kącika zainspirowały mnie tapety, znalezione niedawno przez moją mamę przy okazji porządków w piwnicy. Niemal antyki - pochodzą prawdopodobnie z lat 70. ubiegłego wieku. (Brzmi antycznie, prawda?) Ta różowa współcześnie świetnie by wyglądała, np. w jadalni urządzonej w stylu sielsko-skandynawskim, z białą podłogą i stolarką. Ta w tonacji zgniłozielonkawej... Hm... bardzo stylowa, zwłaszcza jako tło do błyszczącej meblościanki. Mam wobec niej uczucia dosyć mieszane. Tą tapetą były  wyklejone ściany naszego pokoju dziecięcego i przez większość mojego dzieciństwa zasypiałam i budziłam się, patrząc na ten deseń... Potem została zastąpiona różowo-czerwoną, w stylizowane serduszka i poczułam się wtedy prawie jak księżniczka, ale to było już w latach 90. Na całą ścianę w ten wzorek z pewnością bym się nie zdecydowała, ale w małych dawkach robi całkiem miłe wrażenie, takie przytulno-staroświeckie.

Przy okazji - pomysł na mebel "zrób to sam". Regalik na książki zrobiłam z drewnianych skrzynek, w ten sam sposób można by też  wykorzystać skrzynki na owoce (bardzo modne), a może nawet tekturowe pudła?




piątek, 22 listopada 2013

Ostatki

W oczekiwaniu na zimę...
  







Tak, zdjęcia są dzisiejsze, chociaż gdyby nie to szarawe jesienne światło, z powodzeniem mogłyby udawać wiosnę. Listopad do tej pory był tak łagodny, że trawnik obrósł łanami stokrotek, lak i kocimiętka wciąż kwitną i znalazłam nawet kilka pierwiosnków.

A poza tym - opony wymienione na zimowe, przegląd samochodu zrobiony, w domu nowy piec zamontowany. Czekam na śnieg, niech pada...