niedziela, 11 listopada 2012

11.11



Pogoda też uczciła dzisiejsze święto. I co by tu zrobić z tak pięknym dniem?



Do posłuchania - dzisiaj

Usłyszałam tę piosenkę jakiś czas temu w radiu. Najpierw moją uwagę zwróciła melodia z tendencją do "chodzenia po głowie", w której pobrzmiewają jakby echa muzyki chasydzkiej, niezwykły, świdrujący głos i te kilka słów zaśpiewanych po polsku z obcym akcentem. Trochę to trwało, zanim dowiedziałam się, kto śpiewa; potem wsłuchałam się w słowa i zrozumiałam o czym. Katy Carr, brytyjka, ale z matki Polki, wydała już cztery płyty. Ostatnia z nich, "Paszport", która właśnie dzisiaj ukazuje się w Wielkiej Brytanii (u nas wydana 17. września) jest w całości inspirowana historią Polski - i historiami Polaków - z czasów II wojny światowej. I właśnie na tej płycie znalazła się ta piosenka. Kilka prostych słów, w których Katy udało się zmieścić całą opowieść. Opowieść o młodej dziewczynie i jej ukochanym Janku z leśnego oddziału AK.


PASZPORT


W piątek rano w "Trójce" Katy, akompaniując sobie na...  ukulele, zaśpiewała "Dziś do ciebie przyjść nie mogę" i łamaną polszczyzną mówiła, że "jej serce bije dla Polski", z entuzjazmem, który chyba trudno byłoby znaleźć wśród obywateli naszego kraju... Tak, wiem, jej jest łatwiej. Dla niej Polska to tragiczne i romantyczne historie ludzi dzielnych, szlachetnych i niezłomnych. Dla nas codzienność - wciąż dziurawe drogi i ciągłe obrzucanie się polityków błotem... Więc może jeszcze raz oddam głos Katy:





P.S. Jeśli ktoś jest akurat w Krakowie, może dziś posłuchać Katy na żywo: Scena Tęcza (ul. Praska 52), godz. 19.00. Wstęp wolny.

sobota, 10 listopada 2012

Znów tu jestem. Jesienna martwa natura

Pojawiam się po dłuższej przerwie, ale tym razem wracam na dobre.
Jesień zmierza już ku końcowi i na zewnątrz kolory powoli gasną. A ja mam coraz większą ochotę na drewno i brązy.


Wybrałam się do Biedronki po chleb i mleko, a wróciłam z drewnianymi łamigłówkami. O mleku zapomniałam. No i wieczór miałam z głowy, łamiąc głowę. A potem dorobiłam parę zabawek z papieru i jesienna kompozycja gotowa.



Kolczatkę zrobiłam po raz pierwszy w życiu. Nieoczekiwanie spotkała w moim domu dalekiego kuzyna - jeżowca znalezionego kiedyś na norweskim wybrzeżu. I chyba już trochę przypomina o Świętach (tych przez duże Ś). No właśnie! To ostatni dzwonek, żeby zagnieść ciasto na piernik staropolski! Lecę!

czwartek, 6 września 2012

Jesień - czas na zmianę dekoracji (i nowy stolik do kawy)

Po sierpniu, kiedy wszystko się we mnie buntuje, że dlaczego już, dlaczego tak szybko, tak mało go było (lata), a już się kończy - przyszedł wrzesień i muszę przyznać, że... lubię ten czas. Nareszcie można odpocząć. Od upałów, od wewnętrznego przymusu spędzania każdej możliwej chwili na zewnątrz (bo przecież lato takie krótkie), od niespełnionych oczekiwań (bo pogoda jak zwykle nie taka). Jest jesień i człowiek już na zbyt wiele nie liczy, a jeśli jesień zaczyna się łagodnym babim latem, jest to jak prezent od losu. Ale powoli można się już przyzwyczajać do myśli, że centrum życia przeniesie się teraz bliżej okolic kanapy. Dlatego doszłam do wniosku, że przydałby mi się porządny stolik do kawy. Do tej pory tę funkcje spełniało kilka zestawionych razem taboretów, ale teraz potrzebuję czegoś, na czym wygodnie można podać kawę i szarlotkę dla kilku osób. (Dlaczego akurat szarlotkę? Odpowiedź TU). No i mam:





              A tak prezentuje się w całości:



Długo go szukałam, bo miałam sprecyzowane oczekiwania:
1. Drewniany.
2. Biały/rozbielony.
3. Słusznych rozmiarów (bo na kanapach zmieści się sześć osób).
4. Koniecznie musiał się pod nim zmieścić duży wiklinowy kosz, w którym trzymam pledy i koce.
5. No i wreszcie - nie chciałam na niego przeznaczać zbyt wielkich funduszy.

W końcu wpadłam na pomysł genialny w swej prostocie: mój stolik to po prostu mały stół jadalniany, Ingo z Ikei, z litej surowej sosny - z przyciętymi nogami. To był strzał w dziesiątkę! Koszt to około połowa ceny za najtańszy stolik oryginalnie do kawy, spełniający moje oczekiwania. Wystarczyła mała piłka ręczna, trochę farby (rozwodniona farba do drewna) i trochę cierpliwości. Po rozbieleniu jest naprawdę piękny! Lubię takie proste meble, a drewno jest zawsze szlachetnym materiałem. Myślę, że będzie mi dobrze służył przez długie lata.

Jak widać zmienił się też wystrój salonu. Motywy przewodnie to "czarno na białym" (z akcentami czerwonymi) oraz "las". (Jak było przedtem można zobaczyć TU. Wystarczyło tylko zmienić tekstylia).




Jak zwykle byłam jednak niekonsekwentna i żeby ocieplić ten czarno-biało-czerwony schemat, dodałam zasłony w tonacji beżowo-brązowej.



Jeszcze rzut oka na część jadalnianą. Czerwone akcenty wprowadziłam do pokoju, żeby mieć pretekst do położenia obrusa w biało-czerwoną krateczkę. Ma na mnie bardzo kojący wpływ.





Jesień nie taka straszna, jak ją czasem malują.

środa, 29 sierpnia 2012

W górach właśnie kwitnie goryczka - na pożegnanie lata

Tylko parę słów. To była krótka przerwa, mała przebieżka po górach, kilka godzin, żeby pożegnać się z latem. A lato w górach kończy się niebiesko - łanami kwitnącej goryczki.











































 Połączenie żółtego i niebieskiego w zasadzie nie należy do moich ulubionych. Ale czasem można zrobić wyjątek, prawda?



  
A ja mieszkam pod tą górą z napisem :) tylko po drugiej stronie:




Goryczka trojeściowa (Gentiana asclepiadea) - bylina z rodziny goryczkowatych. Roślina górska, występująca na halach, polanach leśnych, na skraju lasu. Trująca. W Polsce objęta ścisłą ochroną gatunkową.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Obfitość

Wracam do blogosfery po wakacyjnej przerwie. Właściwie to nie jestem do końca pewna, dlaczego latem nie udaje mi się blogować. Są pomysły, są zdjęcia, ale jakoś trudno znaleźć wolną chwilę, żeby to wszystko zebrać razem w jakimś zgrabnym poście. Na szczęście idzie jesień... ;) Będzie więcej czasu na życie wirtualne. A na razie, całkiem realnie (no, prawie), tonę. Tonę w jabłkach!


Mówi się, że od przybytku głowa nie boli. Nie jestem w stanie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Wystarczyły dwie stare jabłonie, żeby przyprawić mnie o ból nie tylko głowy. Jabłka są pyszne, soczyste, kwaskowate (świetne na szarlotkę) i grzechem byłoby je zmarnować. Niestety szybko się psują, trzeba jeść albo przetwarzać na bieżąco.



Jabłka na surowo, suszone, powidła jabłkowe i sok z jabłek. Jabłka w cieście francuskim (rzecz jasna gotowym) i pod kruszonką. O, ironio! Nie mam nawet czasu, żeby przyrządzić szarlotkę z prawdziwego zdarzenia.


 Prawie co dzień podrzucam koszyk mamie, jak jakieś jaskółcze jaja. Ona też już nie daje rady. "Mam nadzieję, że nie przywiozłaś dzisiaj jabłek?" Przywiozłam, ale tylko koszyk, sobie zostawiłam jeszcze trzy. I tak codziennie od nowa.



Jabłkowe przetwory chwilowo tworzą martwą naturę na stole w salonie. Oczywiście tylko te co bardziej "fotogeniczne". Te w słoikach z etykietką "Majonez kielecki" i zakrętką po sałatce warzywnej schowałam od razu do kredensu. Takich rzeczy nie pokazuje się na fotoblogu ;). Ale tak to w życiu bywa, że czasem trzeba zdecydować, czy ważniejsza jest zawartość, czy opakowanie. Tą głęboką myślą kończę dzisiejszy wpis. Wrócę pewnie jak się już przetoczy ta jabłkowa nawałnica.


środa, 4 lipca 2012

Na poddaszu

To miał być wpis o naszym prywatnym letnim kinie plenerowym. Seans odbył się w ubiegłą sobotę. Pogoda dopisała, ekran zawisł na balustradzie tarasu, widownia rozsiadła się pod jabłonią na fotelach i leżakach. Bufet był pod modrzewiem, a na lipie zawisły lampiony ze słoików, tworzące bajkowy nastrój. Świeciły też świetliki. Jednym słowem, impreza się udała. Niestety zdjęcia już nie. A więc zamiast tego, zapraszam na poddasze. Chyba jestem już z niego zadowolona na tyle, by je pokazać publicznie.
























To miejsce mogłabym nazwać minisalonikiem, ale naprawdę jest to po prostu przestrzeń łącząca resztę pomieszczeń na poddaszu. Można tu posiedzieć, poczytać i porozmyślać. To chyba najbardziej sielankowy pokój w całym domu, urządzony w pastelowych niebieskich odcieniach z domieszką różu. Dominuje, rzecz jasna, biel.

























Bardzo lubię wszelkie kłębki, motki i szpulki. Uważam je za doskonałą dekorację. A poza tym, czasem można z nich coś praktycznego wydziergać.























Na parapecie pelargonie - dla dopełnienia sielskiego nastroju.