poniedziałek, 18 listopada 2013

ZŁÓŻ SOBIE W LISTOPADZIE: pudełka origami








Zgodnie z obietnicą - oto instrukcja składania pudełka origami. A ponieważ obietnicę realizuję z opóźnieniem, w ramach rekompensaty pudełka będą dwa. Na pierwszy ogień proponuję to łatwiejsze, które pokazałam w poprzednim wpisie. (Potem - wyższa szkoła jazdy).


Łatwe pudełko origami - instrukcja składania krok po kroku

1. Zaczynamy od złożenia kwadratowego arkusza wzdłuż zaznaczonych linii (dwukrotnie na pół). Zagięcia rozkładamy. 2. Zaginamy róg do środka (wzdłuż wcześniej wykonanych zagięć). 3. To samo powtarzamy z pozostałymi rogami.


4. Zaginamy jeden bok figury do środka. 5. Zaginamy drugi bok figury. Zagięcia rozkładamy. 6. W ten sam sposób zaginamy górę i dół figury.

7. Rozkładamy zagięcia aż do otrzymania figury na zdjęciu. 8. Prawy i lewy bok figury podnosimy do góry. Według wcześniej wykonanych zgięć formujemy trzeci bok pudełka. 9. Róg zawijamy do środka pudełka.

10. W ten sam sposób formujemy czwarty bok pudełka.
11. Tak wygląda gotowe pudełko.








 
 

Jeśli potrzebujemy pudełka z pokrywką, bierzemy drugi arkusz papieru o boku o ok. 4 mm dłuższym (lub krótszym) i składamy w ten sam sposób. Większe pudełko będzie pokrywką, a mniejsze denkiem. Nakładamy jedno na drugie i mamy zamykane pudełko.



Heksagonalne pudełko-róża



To pudełko jest bardzo efektowne i eleganckie. Pokrywka uformowana jest w kształcie róży, więc szczególnie polecam jego wykonanie mężczyznom, którzy chcieliby zabłysnąć przed ukochaną. Z arkusza A4 wyjdzie pudełeczko idealne do zapakowania jakiegoś biżuteryjnego drobiazgu. Instrukcja składania ma tyle kroków, że niestety nie podejmę się przedstawienia jej tutaj, zainteresowanych odsyłam do filmu, z którego korzystałam:
http://youtu.be/XPiQxWLpWuw

Wykonanie początkowo może sprawiać trudność, ale kiedy nabierzemy wprawy, trudno się zatrzymać ;)


sobota, 16 listopada 2013

Coś z niczego czarno na białym

 
Nie lubię, kiedy przy różnych okazjach wciska mi się ulotki, foldery i wszelkiej maści druki reklamowe. Uważam to za niepotrzebne marnotrawstwo papieru i produkcję śmieci. Ale kiedy ostatnio przy zakupie podkoszulka w sieciówce wciśnięto mi katalog specjalnej kolekcji owej sieciówki, byłam trochę mniej niezadowolona. Nie dlatego, że owa kolekcja tak mnie zachwyciła (przeciwnie, nic w niej nie znalazłam, co mogłabym na siebie założyć, a kwestie cen pomijam całkowicie), ale w samym katalogu dostrzegłam pewne możliwości wykorzystania. Papier o dużej gramaturze, przeważająca czarno-biała kolorystyka. Wieczór przy radiu i kolekcja pudełek na różności gotowa. Z pozostałych kawałków papieru zrobiłam jeszcze... łańcuch na choinkę ;). (Kolczatka jest zeszłoroczna).

  
 
 
Tak to już jest, że jak jakiś kawałek papieru wpadnie w moje ręce, to trudno mi się powstrzymać ;). Możecie to potraktować jako inspirację, w końcu idą Święta (co roku jakby wcześniej) i Mikołaj się zbliża, a w coś musi pakować...
O tym, że zaczął się już okres przedświąteczny, wiem również stąd, że znów podskoczyła "wyświetlalność" moich wpisów z ozdobami świątecznymi. Myślę, że w tym roku też podrzucę kilka pomysłów, być może zaskakujących, a na pewno "przyjaznych dla środowiska". Ale to jeszcze kwestia przyszłości, choć już nieodległej. Dziś już znikam cieszyć się ostatnim (?) pogodnym jesiennym dniem (zdjęcie poniżej jest z wczoraj), a jutro zapraszam po instrukcję składania pudełek origami.

Miłej soboty!


poniedziałek, 11 listopada 2013

"Zrób to sam" 11. XI

Podrzucam pomysł jak rodzinnie uczcić Święto Niepodległości. Potrzebne będą: stół przy którym zmieszczą się wszyscy chętni do zabawy, papier biały i czerwony, nożyczki, klej. Wycinamy, podkręcamy, sklejamy. Gotowe!




Jeśli taką ozdobę przypniecie sobie sobie (lub dziecku) do ubrania dla wyrażenia uczuć patriotycznych, to nazywanie jej kotylionem (jak sam to zrobił kilka lat temu Prezydent Komorowski), będzie pomyłką, nietaktem lub wręcz obrazą majestatu. Jest to bowiem, jak się okazuje, kokarda narodowa (a może nawet Kokarda Narodowa). Mam nadzieję, że nie jest obrazą majestatu robienie kokardy narodowej z papieru ;). Oczywiście rozmieszczenie kolorów też ma znaczenie: środek musi być biały, a zewnętrzna część czerwona, inaczej nie będą to nasze barwy narodowe*. I jeszcze jedno: jeśli tak jak ja zrobicie te ozdoby w formie róży, to niech to nie będą róże z pięciu płatków, bo wtedy wyjdzie skrzyżowanie Róży Lancasterów z Różą Yorków, czyli Róża Anglii (ileż to rzeczy człowiek musi wiedzieć, żeby uczcić swoje święto narodowe). Wydaje mi się, że róże cztero-, sześcio- lub ośmiopłatkowe się nadają. I że odrobina kreatywności jest dozwolona :).


Środek można ozdobić guzikiem, koralikiem lub perełką.


Pod spodem jeszcze jeden pomysł na zastosowanie biało-czerwonych ozdób:


A wybiegając nieco w przyszłość, podpowiem, że jeśli do każdego kwiatka przykleicie zawieszkę, to powstaną ozdoby choinkowe (przypominam również o moim ubiegłorocznym cyklu papierowych ozdób świątecznych - znajdziecie we wpisach archiwalnych).

Miłej zabawy!
(Przepraszam za jakość zdjęć, ale dzień wstał dzisiaj wyjątkowo mglisty i ponury).



*Sprawa jest jednak nieco bardziej zawikłana. Spójrzmy np. tutaj:

Artur Grottger "Pożegnanie powstańca"


***
Zabawy papierowe są głównie (choć oczywiście nie wyłącznie) dla dzieci, starszym proponuję na dzisiejszy dzień chwilę refleksji i piosenkę:

niedziela, 10 listopada 2013

Trzy razy dynia



Szkoda, że dynia (w każdym razie jako dekoracja) została zawłaszczona przez halloween, bo dynię popieram, a halloween stanowczo nie.* I trochę szkoda marnować dynie na lampiony. Lepiej je zjeść.

Na przykład w ten sposób:





1. Sernik dyniowy. Bardzo mnie to ciasto intrygowało i w końcu postanowiłam je wypróbować. Wrażenia - mieszane. Dobry, ale tych niesamowitych doznań smakowych, których się spodziewałam, nie było. Polecam, acz niezbyt nachalnie. Choć z drugiej strony - jako przemyt warzywa, jest godny polecenia. Na pewno czyni łasuchowanie nieco mniej niezdrowym. Przyznam się jednak, że w ostatnich dniach piekłam go dwa razy, bo z pierwszym moja rodzina uporała się dosyć szybko. Poza tym chciałam dopracować przepis. Za pierwszym razem korzystałam z przepisu ze strony mojewypieki.com i, szczerze mówiąc, najbardziej smakował mi śmietanowo-pomarańczowy wierzch, który zresztą sama dodałam. Zdjęcie powyżej.


    
Za drugim razem zmodyfikowałam nieco składniki (poniżej) i tę wersję polecam. Pięknie pachnie, już trochę bożonarodzeniowo. Dodatek kurkumy nie jest konieczny, ale wzmacnia kolor. Z samą dynią sernik wychodzi w kolorze brudnobiałym. Puree z dyni przygotowujemy piekąc dynię przez 1-1,5 godz. w 200 st. C. Po tym czasie praktycznie sama się rozpada.

Składniki na spód rozdrabniamy w blenderze i tą mieszaniną wylepiamy spód tortownicy. Składniki na masę serową krótko miksujemy i wylewamy na spód. Pieczemy w kąpieli wodnej przez 1,5 godz. w temperaturze 140 st. C. (Pieczenie w kąpieli wodnej jest bardzo łatwe, nie trzeba wcale wstawiać tortownicy do naczynia z wodą, wystarczy na dno piekarnika postawić blaszkę do pieczenia, np. keksówkę, z wrzącą wodą).

Wierzch przygotowujemy następująco:
200 g gęstej kwaśnej śmietany 18 % mieszamy z 3-4 łyżkami cukru i wylewamy na sernik 15 min. przed końcem pieczenia. Przygotowujemy polewę pomarańczową gotując sok wyciśnięty z 1-2 pomarańczy ze skórką z nich otartą i cukrem. Gdy syrop nieco zgęstnieje można dodać odrobinę mąki ziemniaczanej wymieszanej z 2 łyżkami wody. Polewę wykładamy na ostudzony sernik.

2. Tarta dyniowo-orzechowa.  

Cebule i marchew rozdrabniamy w blenderze, po czym miksujemy z resztą składników (orzechy muszą być wcześniej zmielone). Wykładamy na kruche ciasto i zapiekamy w temp. 180 st. C przez 40-50 min.


3. Najprostszy sposób - i mój ulubiony. Dynię ugotowałam na parze i zjadłam podaną a la polonaise (czyli... z bułką tartą zrumienioną na maśle ;).



*Ten zwyczaj rozprzestrzenia się w ostatnich latach w Polsce jak wirus i z jednej strony mnie to śmieszy, a z drugiej trochę... straszy (odpowiednie słowo na tę okazję). Nie mam wobec tego "święta" obiekcji natury religijno-moralnej. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jednego dnia się przebrać i powygłupiać, drugiego uczcić rzeszę Wszystkich Świętych, a trzeciego, w zaduszki, pomodlić się za tych, którzy odeszli. Oczywiście nie uważam też, żeby przebranie się za kościotrupa, ducha, a nawet wampira mogło wyrządzić jakąkolwiek szkodę na psychice dziecka. Jednak to, że jakiś zwyczaj istnieje w Stanach Zjednoczonych, nie oznacza, że musimy go skopiować na nasze podwórko. Już dawno (chyba) minęły czasy, gdy bezkrytycznie zachwycaliśmy się Ameryką. Odnoszę wrażenie, że obecnie w modzie jest raczej kontestowanie USA. Skąd więc ten "cukierek albo psikus" w polskich miastach? Nie zgadzam się z twierdzeniem, że w naszej tradycji jest za mało okazji do zabawy, i dlatego te okazje musimy importować zza oceanu. Mamy mnóstwo świetnych świąt, których nie mają Amerykanie. Dlatego jeśli uważacie, że wasze dziecko ma za mało zabaw, to może lepiej zorganizujcie mu imprezę andrzejkową, a jeśli chciałoby się przebrać i z grupą kolegów pochodzić od domu do domu, to już za nieco ponad miesiąc będzie ku temu okazja. Trzeba się tylko nauczyć kilku kolęd. Kto będzie miał szczęście, może się nawet przebrać za kościotrupa - wszak kostucha jest tradycyjnym członkiem grupy kolędniczej ;). Tak sądzę, choć juz dawno nie widziałam żadnej grupy kolędniczej. A obchody halloween niech się ograniczą do lekcji angielskiego i tylko w tym języku odbywają.

czwartek, 31 października 2013

Półka z książkami: nie oceniaj książki po okładce



Mogłabym napisać, że to przebłysk szóstego zmysłu sprawił, że właśnie tę książkę kupiłam sobie na drogę, na moją niedawną podróż do Warszawy. Było to prawie miesiąc temu i los sprawił, że wkrótce po moim powrocie z tej wycieczki, autorka owej książki została laureatką literackiej Nagrody Nobla. Prawda jest jednak taka, że nie kierowało mną żadne przeczucie, ani przecieki z noblowskiej giełdy nazwisk, po prostu jakiś czas wcześniej usłyszałam w radiu audycję o Alice Munro (niezawodny Program Drugi PR) i postanowiłam zapoznać się z jej twórczością.

Alice Munro, kanadyjska autorka opowiadań, mistrzyni krótkiej formy, tworzy od niemal pół wieku, a jej książki wydawane są w Polsce od lat co najmniej kilku. Dlaczego zatem do tej pory nie przeczytałam żadnej z nich? - zastanawiałam się. Kiedy stanęłam w księgarni przed półką z literą "M", wiedziałam już, dlaczego. Choć nazwisko Alice Munro wielokrotnie dostrzegałam na półkach księgarskich, odstraszały mnie okładki. Tutaj nasuwa mi się inne pytanie: dlaczego poważny wydawca (Wydawnictwo Literackie) postanawia wtłoczyć poważnego i uznanego pisarza w ramy, w najlepszym razie, tzw. literatury kobiecej? A mówiąc wprost, szata graficzna okładek sugeruje raczej tanie romansidła. Coś, czym opowiadania Munro na pewno nie są.

 * Wydawnictwo Literackie *


Dla kogo ta maskarada? Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby po te książki sięgnęły również amatorki tanich romansideł - jednym z zalet pisarstwa Munro jest to, że jest to literatura, którą bez bólu może czytać każdy - jednak obawiam się, że mogłyby być nieco zawiedzione. Nie ma tu "glamouru", spektakularnych uniesień (choć jest to proza przesycona emocjami). Bohaterkami mogą być wiejskie nauczycielki, mogą być nimi też córki sławnych śpiewaczek, ale żadnej z nich los nie zetknie z przystojnym milionerem. Życie opisywane przez Alice Munro jest skromne, jakby zagubione na gdzieś na bocznych drogach i w prowincjonalnych miasteczkach, zwyczajne.


  
"Przyjaciółka z młodości" to zbiór dziesięciu opowiadań wydanych po raz pierwszy w roku 1990 (w Polsce w 2013). (Dygresja: wolę czytać powieści, chociaż jestem zdania, że krótka forma wymaga większego kunsztu. Jednak opowiadania są idealne do pociągu; np. w teelce na trasie Kraków Główny-Warszawa Centralna można przeczytać dwa lub trzy. Powieść musiałabym pewnie przerwać w najciekawszym momencie, a to dla mnie bardzo trudne. Nawiasem mówiąc, z czytelnictwem wśród Polaków może nie jest aż tak źle, jak się wydaje: na ośmiu pasażerów mojego przedziału tylko troje nie czytało książki podczas podróży). 

Gdybym miała w najkrótszy sposób określić ich tematykę, powiedziałabym po prostu, że są to opowiadania o życiu, o postawach jakie wobec niego przyjmujemy, o uczuciach. Historie zamknięte w doskonałej formie. Pisane prostym, ale bardzo celnym językiem. Historie z pozoru tylko nieskomplikowane, w rzeczywistości niejednoznaczne. Ich znaczenie nie jest oczywiste, każdy z czytelników odczyta je na swój sposób. O tym miedzy innymi mówi tytułowe opowiadanie tomu. Narratorka przytacza w nim opowiadaną przez jej matkę historię jej dawnej przyjaciółki. Początkowo przyjmuje punkt widzenia matki, potem dokonuje reinterpretacji tej opowieści i motywacji jej bohaterki. Która z nich, matka czy córka, właściwie opowiedziały tę historię, która z nich dotarła do sedna? Każde z opowiadań zawartych w tym zbiorze skłania do podobnych refleksji, do analizy zdarzeń, postaw i motywów działań bohaterów. I na długo zapada w pamięć.

Nie dajmy się zwieść okładkom. Sięgnijmy po Alice Munro.


Alice Munro "Przyjaciółka z młodości"
Tłumaczenie: Agnieszka Kuc. Wydawnictwo Literackie, 2013.


niedziela, 27 października 2013

W niedzielę...


Śniadanie w ogrodzie, bujanie się w hamaku z książką, potem spacer. Całkiem nieźle jak na ostatnią niedzielę października.




* Te białe plamy pod żywopłotem to moje koty dochodzące. Po lewej w zbliżeniu. *

* Kwitną jeszcze michałki i lak jednoroczny - ostatnie kwiaty tego roku. Reszta uległa zmrożeniu na przełomie września i października *

Spacer tym razem był bez aparatu, a o książce napiszę następnym razem.
Mam nadzieję, że wszyscy zdołali dziś naładować swoje wewnętrzne akumulatory na nadchodzący tydzień!