Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 maja 2014

Święto kwitnących jabłoni



 
Jest pięknie, biało i brzęcząco. Kwitną jak szalone, jesienią znów czeka mnie "klęska urodzaju". Rozmyślam nad sposobami, jak by temu zaradzić, bo kredens wciąż ugina się pod ciężarem ubiegłorocznych słoików z jabłkowym musem. Może kupię prasę do wyciskania soku i zajmę się produkcją cydru? (Jeśli ktoś ma jakieś doświadczenie w tej dziedzinie, to oczywiście będę bardzo wdzięczna za sugestie i sprawdzone przepisy).

Miłego tygodnia!

poniedziałek, 9 września 2013

Jesienna martwa natura i nie tylko

Tak, nadeszła jesień, nie da się już tego ukryć. A właściwie - dlaczego ukrywać? Przecież jesień też jest piękna. Przynoszę do domu kwiaty, układam bukiety. Komponuję martwe natury. Jesienna obfitość - mogłaby stanowić temat płótna jednego z niderlandzkich mistrzów...



 

A w ogrodzie dalie i cynie wciąż udają, że jeszcze trwa lato, i wabią pszczoły, trzmiele i... rusałki:


Rusałka pawik (powyżej) i rusałka pokrzywnik (na poprzednich zdjęciach).


Ja natomiast mam pełne ręce roboty. Korzystając z łagodnych dni babiego lata, założyłam nowe rabaty bylinowe. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zobaczę te wszystkie rudbekie, złocienie, jeżówki, dzwoneczniki, pysznogłówki, gailardie, jeszcze więcej naparstnic, łubinów, orlików i innych, o których w tej chwili nie pamiętam. Niestety w ogrodzie niczego nie można być pewnym, ale myślę, że tak czy owak, będzie bardziej kwieciście.

 A skoro o niespodziewanych wydarzeniach w ogrodzie mowa, donoszę, że zakwitła mi róża. Nie jest to samo w sobie takie dziwne, może tylko to, że kupiłam ją wiosną w supermarkecie ogólnym jako czerwoną parkową, a zakwitła takim oto kwiatem:


Z której strony bym nie spojrzała, widzę żółtą wielkokwiatową. Ja za żółtymi nie przepadam, ale ta jednak... coś w sobie ma, więc te 3 zł, które za nią zapłaciłam, nie były wyrzucone w błoto ;).

sobota, 23 lutego 2013

Korzenne ciasto jabłkowe - dla zapracowanych (lub leniwych)


Niedawno pisałam, że lubię luty. Póki co, zdania nie zmieniam. Lubię luty również za ostatnie (miejmy nadzieję) leniwe weekendowe popołudnia. Wiosną nie będę siedzieć w domu, ale na razie mogę się jeszcze z czystym sumieniem wygrzewać w cieple domowego ogniska (dosłownie). Luty to też ostatni dzwonek na zimowe wypieki - według mnie do tej pory roku pasują przede wszystkim ciasta z jabłkami i korzenne. A ponieważ popołudnie ma być leniwe, ciasto będzie szybkie. Nadaje się również dla tych, którzy są zbyt zajęci, by spędzać dużo czasu w kuchni. Jego przygotowanie zajmie chwilę, a pieczenie mniej niż trzy kwadranse. Na wykwintnym przyjęciu pewnie nie zrobi wrażenia, ale jest idealne na domowe popołudnie z rodziną albo przyjaciółmi.



 

Korzenne ciasto jabłkowe

Składniki:
100 g orzechów (włoskich lub laskowych) rozdrobnionych w blenderze lub drobno posiekanych
300 g mąki
szczypta soli
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
4 jajka
500 g musu z jabłek*
cukier (ilość zależy od słodkości musu; dałam dwie łyżki cukru brązowego)
przyprawy: cynamon, imbir, gałka muszkatołowa
3/4 szklanki oleju
1 łyżeczka kakao (opcjonalnie, dla koloru)

Przygotowanie:
Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C. Wszystkie składniki szybko łączymy (wystarczy do tego mikser ręczny) - najpierw miksujemy jajka (całe) z cukrem, następnie partiami dodajemy pozostałe składniki. Ciasto wlewamy do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą tortownicy (lub wyłożonej papierem do pieczenia). Ja używam tortownicy z dnem z kominkiem. Pieczemy "do suchego patyczka", czyli 30-45 min. (Jeśli pieczemy z termoobiegiem, ustawiamy temperaturę na nieco niższą). Ciasto dosyć mocno rośnie, a jego powierzchnia pęka. Po wystudzeniu można je oprószyć cukrem pudrem.

Ciasto przypomina piernik, dzięki dodatkowi musu jest miękkie i wilgotne. Można podać do niego podgrzany mus jabłkowy.



* Mus jabłkowy robimy w sezonie na jabłka (ale można też kupić). Najlepiej z jabłek typu antonówki. Jabłka obieramy i kroimy na kawałki, wkładamy do garnka i dusimy aż się rozpadną, od czasu do czasu mieszając. Pod koniec dodajemy cukier. Wkładamy na gorąco do słoików.
Możemy też użyć świeżych jabłek zmiksowanych w blenderze (ok. 400 g, dodajemy wtedy więcej cukru). Jeśli jabłka zastąpimy startą marchewką (i 250 g cukru) otrzymamy równie dobre ciasto marchewkowe. Ale półki mojego kredensu uginają się pod słoikami z musem jabłkowym :)

W nadchodzącym tygodniu - na blogu i nie tylko - przygotowania do wiosny! Podobno po weekendzie ma być ocieplenie :)

sobota, 8 grudnia 2012

Grzaniec bezalkoholowy i ekodizajn

Pracuję nad przepisem na grzaniec bezalkoholowy. Nie jestem abstynentką, ale odkąd mieszkam na wsi, to podczas prawie wszystkich sytuacji towarzyskich albo ja jestem zmotoryzowana, albo moi goście, jeśli ta sytuacja akurat ma miejsce u mnie. Na ogół rezygnacja z alkoholu nie jest dla mnie wielkim wyrzeczeniem, lecz zimą przyjemnie jest usiąść przy kominku ze szklaneczką grzanego... no właśnie, spróbujmy może tak:
 





Grzaniec bezalkoholowy



0,5 l soku jabłkowego
0,5 l soku porzeczkowego

1 laska cynamonu
1 łyżeczka goździków
1 łyżeczka imbiru
parę ziaren kardamonu
1/3 szklanki rodzynek
1/3 szklanki migdałów
parę suszonych fig
1 pomarańcza
















Pomarańczę szorujemy i  kroimy na ósemki ze skórką. Wkładamy do garnka razem z sokami i resztą składników i gotujemy na małym ogniu przez 20 - 30 min. Grzaniec wypijamy, owoce wyjadamy. Świetne na rozgrzewkę po porannym spacerze albo odśnieżaniu podjazdu. Albo nawet przed - duży plus w porównaniu z grzanym winem ;).


Przy okazji wymyśliłam zastawę do grzańca. Piękne, ciepłe jesienno-zimowe kolory, przyjemnie trzyma się w dłoniach. Wystarczy postawić na stole a od razu w pokoju robi się przytulniej. A tego swetra i tak już nigdy bym nie założyła :). To mój kolejny pomysł na "coś z niczego". Nietypowe wykorzystanie typowych, niepotrzebnych już przedmiotów. Upcykling.





wtorek, 28 sierpnia 2012

Obfitość

Wracam do blogosfery po wakacyjnej przerwie. Właściwie to nie jestem do końca pewna, dlaczego latem nie udaje mi się blogować. Są pomysły, są zdjęcia, ale jakoś trudno znaleźć wolną chwilę, żeby to wszystko zebrać razem w jakimś zgrabnym poście. Na szczęście idzie jesień... ;) Będzie więcej czasu na życie wirtualne. A na razie, całkiem realnie (no, prawie), tonę. Tonę w jabłkach!


Mówi się, że od przybytku głowa nie boli. Nie jestem w stanie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Wystarczyły dwie stare jabłonie, żeby przyprawić mnie o ból nie tylko głowy. Jabłka są pyszne, soczyste, kwaskowate (świetne na szarlotkę) i grzechem byłoby je zmarnować. Niestety szybko się psują, trzeba jeść albo przetwarzać na bieżąco.



Jabłka na surowo, suszone, powidła jabłkowe i sok z jabłek. Jabłka w cieście francuskim (rzecz jasna gotowym) i pod kruszonką. O, ironio! Nie mam nawet czasu, żeby przyrządzić szarlotkę z prawdziwego zdarzenia.


 Prawie co dzień podrzucam koszyk mamie, jak jakieś jaskółcze jaja. Ona też już nie daje rady. "Mam nadzieję, że nie przywiozłaś dzisiaj jabłek?" Przywiozłam, ale tylko koszyk, sobie zostawiłam jeszcze trzy. I tak codziennie od nowa.



Jabłkowe przetwory chwilowo tworzą martwą naturę na stole w salonie. Oczywiście tylko te co bardziej "fotogeniczne". Te w słoikach z etykietką "Majonez kielecki" i zakrętką po sałatce warzywnej schowałam od razu do kredensu. Takich rzeczy nie pokazuje się na fotoblogu ;). Ale tak to w życiu bywa, że czasem trzeba zdecydować, czy ważniejsza jest zawartość, czy opakowanie. Tą głęboką myślą kończę dzisiejszy wpis. Wrócę pewnie jak się już przetoczy ta jabłkowa nawałnica.